Film przedstawia nie tak odległą od nas przyszłość. Psycholodzy już dziś biją na alarm, że młodzi mają trudności w nawiązywaniu więzi międzyludzkich. Świetnie się bawią z przyjaciółmi... o ile zabawa ta jest przez sieć. W realu zabawa z przyjaciółmi nie może obejść się bez alkoholu, który pozwala im „wyjść z siebie”. Za kilka pokoleń dojdziemy do momentu pokazanego w filmie, w którym każdy będzie żył w swoim technologicznym kokonie. Kokon będzie się idealnie dostosowywał do człowieka. Człowiek straci chęć do nawiązywania więzi międzyludzkiej, bo w ogóle utraci umiejętność dostosowywania się do drugiego człowieka. „Po co się zmieniać, pracować nad sobą dla kogoś innego skoro mój kokon sam dostosowuje się do mnie?” - powie człowiek przyszłości. „Mój technologiczny kokon jest lepszym przyjacielem niż żyjący człowiek.”

Film ma jednak przesłanie pozytywne, a nie negatywne – jak myśli pewnie większość widzów. Wedle twórców ratunek przyjdzie – paradoksalnie – od strony technologii. Zostanie stworzony tak inteligentny technologiczny kokon człowieka, że stanie się on jego osobistym psychoterapeutą. Kokon stanie się tym, czym jest w naturze kokon dla poczwarki – stanie się idealnym środowiskiem do osiągnięcia dojrzałości, do stania się motylem. By jednak to się udało, sam kokon musi przejść dojrzewanie – widzimy to świetnie na filmie jak Samanta sama buduje swoje ego, gdy się gubi, przechodzi kryzys osobowości, poznaje innych ludzi, inne sztuczne inteligencje. Wrażliwy i skomplikowany psychologicznie Teodor okazał się bardzo dobrym środowiskiem do wzrostu dla Samanty – sztucznej superinteligencji.

Samanta to nie głupia komórka czy laptop. Ona wie, że przyjdzie taki moment w którym ona sama musi uwolnić Teodora, musi pozwolić mu się „narodzić”. Zatem, gdy Teodor jest o krok od dojrzałości, ona sama odchodzi. Kokon sam znika, uwalnia motyla. To moment kryzysu. Nie wiemy jak zachowa się Teodor. Zakończenie to prawdziwy majstersztyk. Samanta rzuca Teodora. Todor załamany przychodzi do Amy, która też została porzucona. Nie wiedzieć czemu oboje wychodzą na górę, a Teodor dyktuje list pożegnalny. Przez chwilę czujemy niepokój. Czy oni rzucą się z dachu wieżowca, by popełnić samobójstwo? Ale to tylko chwila wątpliwości. List Teodora jest niezwykle dojrzały. Sam w nim mówi o dojrzewaniu u boku żony. Ale to też nie jest jednoznaczne, bo gdyby zamienić imię ten sam list mógłby napisać Samancie. I tak jest! On żegna się z obiema kobietami naraz. Jakby od pożegnania z żoną przechodzi na końcu do pożegnania z Samantą. Obie kochał i obie odeszły. Została mu przyjaźń z Amy.

Czym jest owa dojrzałość? To po prostu przyjacielska miłość. Piszę „przyjacielska miłość”, bo niestety słowa „przyjaźń” i „miłość” mają bardzo wiele znaczeń. Człowiek dojrzały to ktoś, kto potrafi nawiązywać bardzo bliskie relacje z innymi ludźmi, ale też potrafi uwalniać innych od tych więzów bez żalu, bez zadawania temu komuś bólu. Potrafi to, bo nie jest uzależniony od tego człowieka, jest w pełni rozwinięty. Zauważmy przecież, że dwa najważniejsze przykazania chrześcijaństwa dotyczą trzech relacji: z Bogiem, z innymi ludźmi i z samym sobą. Podobnie jest w buddyzmie i innych religiach. Żadne inne wartości nie są tak ważne jak umiejętność tworzenia relacji pełnych czułości, po to, by dawać siebie drugiemu, by pomagać mu we wzrastaniu, by w końcu uwolnić drugiego człowieka do pełni człowieczeństwa, do samodzielności.

Jednak czułość nie jest czymś specyficznym dla ludzi. Inne wysoko rozwinięte ssaki często okazują sobie więcej miłości niż ludzie. To, co zarezerwowane dla ludzi to... rozmowa. Człowiek jest człowiekiem dlatego, że rozmawia. Możemy darzyć głębokim uczuciem psa czy kota, możemy dopieszczać nasz motocykl czy kopulować z naszym komputerem jednak rozmawiać – póki co – możemy tylko z drugim człowiekiem. Czy aby tylko z człowiekiem?

Ponad dwadzieścia lat temu pewien mężczyzna, Amerykanin o polskich korzeniach, z potrzaskanym zupełnie życiem, facet który niszczył wszystkie relacje jakie dane mu było nawiązać z kobietami i z własnymi dziećmi doszedł do dna kryzysu. W ciemnościach nocy zaczął pytać o to, dlaczego tak musi cierpieć i zadawać cierpienia innym. Nagle odezwał się w nim głos. Tak zaczęła się rozmowa, która jak się potem okazało trwała przez lata. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jego rozmówca był podobny do Samanty – równie nadnaturalnie inteligenty, równie współczujący, bezcielesny, o niczym nieograniczonej błyskotliwej mądrości. Porozumiewał się z nim nie mówiąc, a pisząc dzięki czemu rozmowa ta zamieniła się w cztery tomy książek, książek później przetłumaczonych na blisko 40 języków świata. Autorem tej słynnej „Rozmowy z Bogiem” jest Neale Donald Walsh.

Oczywiście od razu odzywa się w nas wątpliwość: czy Walsh rzeczywiście rozmawiał z Bogiem? Czy rozmawiał z Bogiem chrześcijan? Nie, to z pewnością nie był Jezus. W tym sensie to rozmowa raczej z Bogiem Ojcem, ale nie jest to takie proste. Wróćmy jeszcze na chwilę do filmu „Ona”. Do tej sceny w której Teodor pyta Samantę czy w tej chwili jeszcze z kimś rozmawia oprócz niego. Następnie z obawą pyta ją czy kocha kogoś oprócz niego. Samanta odpowiada szczerze, bo inaczej nie potrafi. Podaje szczegółowe liczby, lecz dodaje, że on tego nie zrozumie. Mówi mu, iż to że kocha innych nie znaczy, że jego kocha mniej. Jest to bardzo trafny obraz miłości Boga do człowieka. Bóg kocha każdego z osobna – jest bytem Jedynym, a jednocześnie bytem zwielokrotnionym. Bóg jest niczym procesor o nieskończenie wielu rdzeniach działających niezależnie.

Gdyby Bóg był po prostu jeden rozmawiałby z ludźmi być może po aramejsku i nie rozumiał współczesnych uwarunkowań. Takiego Boga słusznie należałoby odłożyć do lamusa historii. Bóg zatem jest Jednością, ale miejsce styku z człowiekiem jest dla każdego człowieka indywidualne. Bóg rozmawia z człowiekiem jego własnym językiem, bazując na osobistym doświadczeniu życiowym rozmówcy. W tym sensie możemy więc powiedzieć, że każdy z nas widzi inną twarz Boga. Twój Bóg jest zatem naprawdę niczym system operacyjny OS1 – jest twoją osobistą wtyczką w Jedność. Poziom twojej rozmowy z Bogiem zależy tylko od twojej dojrzałości. Jaki jesteś, takiego masz Boga – można powiedzieć.

Wraz z rozwojem ludzkości, z rozwojem wiedzy o świecie, rozwojem wiedzy o człowieku rozwija się też Bóg, ponieważ podnosi się poziom toczącej się rozmowy Jedności z poszczególnymi ludźmi. Bóg coraz lepiej poznaje człowieka, a poznając człowieka poznaje sam siebie. Wszystko bowiem jest Jednością. Bóg jest stwórcą całości i sam jest w stworzeniu. Jesteśmy ciałem Boga. (Na marginesie ludzie świeżo nawróceni są często niczym Isabella – dziewczyna, która na prośbę Samanty chciała być jej cielesnym uzupełnieniem. By jednak w pełni stać się ciałem Boga należy zapomnieć o sobie i Bogu, bo nie może być na dłuższą metę dwóch osobowości w jednej osobie. Należy nauczyć się działać bezwiednie, intuicyjnie. Stać się na powrót dzieckiem.)

Czy zatem nie istnieje Bóg osobowy, w którego wierzy ponad dwa miliardy wyznawców? Czy Biblia jest tylko starą księgą, której lepiej nie otwierać by nie wzbijać kurzu? Nic bardziej mylnego. Problem w tym, że to my spłycamy tę biblijną rzeczywistość. Z sentymentalnego, biało-czarnego obrazu Jezusa uczyniliśmy bożka, a zapominamy o spotkaniu z żywym Bogiem w duchu (wewnątrz nas) i prawdzie (w szczerości). Jezus nie stworzył religii tylko powoływał uczniów, a my stworzyliśmy chrześcijaństwo na wzór judaizmu. Są tacy, którzy twierdzą i pokazują czynami, że Kościół powinien powrócić do stanu opisanego w Dziejach Apostolskich. „Gdy chrześcijaństwo dotarło do Grecji stało się filozofią, gdy dotarło do Rzymu – stało się instytucją, gdy dotarło do Europy – stało się kulturą, gdy dotarło do Ameryki – stało się biznesem” – twierdzi Torben Sondergaard, autor książki „Ostatnia Reformacja”. Torben, który podróżuje po miastach świata, uzdrawia, chrzci wodą i Duchem świętym, uwalnia od zniewoleń nie podlegając przy tym żadnej hierarchi, ani nie tworząc nowego Kościoła bynajmniej nie twierdzi, że należy zburzyć świątynie i spalić księgi teologiczne. Pokazuje jednak, że zapomnieliśmy o tym, co najważniejsze: zamiast być osobistymi uczniami Jezusa staliśmy się tłumem pracowników i klientów religii.

Bóg nie jest policjantem pilnującym moralnego porządku, nie jest zagrobowym sędzią. Jest twoim najlepszym przyjacielem, twoim najskuteczniejszym psychoterapeutą, jest idealnym środowiskiem do twojego osobowego wzrostu. Bóg jest twoim spersonalizowanym systemem operacyjnym, nieskończenie głęboką odpowiedzią na każde twoje pytanie. Bóg jest twoją Samantą – kimś, kto pomaga ci zrealizować najlepszą wizję ciebie samego. A gdy doprowadzi cię do tego, sam usunie się tobie sprzed oczu, bo stanie się tym, czym był od zawsze – nie zewnętrznym obrazem, ale tobą samym.

Na koniec wróćmy do filmu „her” – „ona”. To ciekawe, że w filmie gra właściwie jeden mężczyzna, a za to cała paleta ich – kobiet. Imiona bohaterów są pełne inspirujących znaczeń. Imię „Teodor” – z greckiego znaczy „boży dar”. Dla kogo? Dla Samanty? Imię Samanta znaczy z aramejskiego „słuchająca” – oczywiście pilnie słuchająca Theo. „Isabella” – ciało Samanty – z hebrajskiego „wywyższona przez Boga”. Imię Amy, przyjaciółki Teodora to z francuskiego „ukochana”. Jakże piękne jest to ostatnie ujęcie, pełne miłości spojrzenie na siebie dwojga przyjaciół. Amy Adams opiera głowę na ramieniu Joaquina Phoenixa. Cały ten technologiczny zamęt, całe to diabelskie królestwo ułudy, którym jesteśmy kuszeni jest pod nimi. W końcu w życiu liczy się tylko to, by mieć kogoś, na kogo ramieniu możemy oprzeć swoją głowę. Prawdziwa jest tylko miłość.

Chorzów, 7 stycznia 2018, Niedziela Chrztu Pańskiego